wtorek, 31 marca 2015

Rozdział V



 Hej, witam was serdecznie w nowym rozdziale! Powiem szczerze, że sprawiał mi on problemy. Wiedziałem co chce w nim umieścić, ale sklecenie sensownych zdań.. ech, katorga! :D
Ale, żeby nie przedłużając. Zapraszam do czytania i komentowania. Przy okazji, dodałem tu fragment z Zakonu Feniksa. Na pewno go poznacie, miłego czytania!


Ginny krótko po przybyciu do Nory, została odesłana - z pomocą Zakonu - do Świętego Munga, gdzie przejął ją wyspecjalizowany od zaklęcia Cruciatus oddział. Dziewczynę zabrano na piąte piętro, gdzie leżały osoby po urazach magicznych klątw. To właśnie tam znajdowali się także rodzicie Neville'a, Frank i Alicja Longbottomowie. Dawni aurorzy, teraz szaleńcy. Torturowani zaklęciem Cruciatus przez Beliatrix Lestrange.
Gdy dziewczyna znikła za drzwiami, a rodziny nie wpuszczono, zdenerwowani Gryfoni ruszyli do jednego z kątów w recepcji, gdzie rozsiedli się wygodnie i zamilkli. Każdy z nich trawił ostatnie wydarzenia, co jakiś czas krzywiąc się. Ginny została uratowana. Uratowana przez Malfoy'a. Śmierciożerca, człowiek na usługach Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać uratował zdrajczynię krwi.
- Harry - zaczęła Hermiona - myślisz o nim, prawda? O Draconie?
- Mhm - mruknął Potter w odpowiedzi, spoglądając gdzieś ponad głowę przyjaciół. - To było... Podejrzane.
- Harry ma rację. Ta tleniona fretka musiała dostać rozkazy, sama nigdy nie wpadłaby na taki pomysł.. Zwłaszcza mając na karku Sami-Wiecie-Kogo.
- Czy ja wiem... - Dziewczyna pogładziła się po podbródku. - Gdy zostawiał ją w kuchni na Grimmuald Place 12, był jakiś... Inny. Zmartwiony.
- To Śmierciożerca, Hermiono. Jego nie obchodzi los Ginny. Dostał jakieś zadanie, musimy się dowiedzieć, jakie...
- To prawda, kochanie - poparł kolegę wybraniec. - Jutro jest wyjazd, Malfoy na pewno będzie siedział w pociągu. Dorwiemy go i spróbujemy coś z niego wyciągnąć.
- Nie wiem czy to dobry pomysł.
- A masz lepszy? To jedyny sposób by dowiedzieć się, co on knuje.
- Ech.. Do... - dziewczyna przerwała w jednej chwili, spoglądając kątem oka na państwo Weasley.
Jeden z magomedyków, którzy przejęli Ginny w ośrodku, właśnie zszedł z piątego piętra i skierował swe kroki do Molly i Artura. Zamilkli, mając nadzieje, że wychwycą jak najwięcej szczegółów z rozmowy.
- ...Pani córka jest w ciężkim stanie, ale przeżyje. Klątwa spowodowała rozległe obrażenia w ciele, choć jej opór na pewno jej pomógł. To silna dziewczyna.
- To znaczy - wyjąkała pomiędzy szlochem pani Weasley - że ona wyzdrowieje?
- Z całą pewnością, proszę się nie martwić. Musi jednak zostać parę dni na leczeniu. Nie damy rady usunąć wszystkiego w parę godzin. Zgadzają się państwo?
- Tak - odpowiedzieli równocześnie, przytulając się. - Proszę się nią zaopiekować... - zwrócił się jeszcze do lekarza pan Weasley, po czym wraz z żoną i dzieciakami skierował się do drzwi.


Ta noc była jedną z cięższych, jaka przeminęła w ich krótkim życiu. Przez większość czasu nie spali, wciąż rozmyślając o Malfoy'u, o Ginny, o Voldemorcie, o Hogwarcie i Dumbledorze. Rozmyślali także o Zakonie, o zadaniach, które przed nimi postawią. Czy dadzą radę? Teraz, gdy ich przyjaciółka ledwo przeżyła tortury w dworze Czarnego Pana? Czy naprawdę chcą cierpieć podobnie jak ona? Czy chcą narażać swoje życie jeszcze bardziej, niż dotychczas?
Zasnęli dopiero nad ranem, wyczerpani, z opuchniętymi oczyma. Hermiona z Harry'm w pokoju Syriusza, wtuleni w siebie, Ron w osobnym pokoju, okryty szczelnie kocami. Chłopak czuł miarowy oddech swojej dziewczyny, gdy ta w końcu zasnęła po długiej rozmowie na temat ich przyszłego życia. On miał problemy. Gdy tylko zamykał oczy, pokój Syriusza się rozmywał, a on pojawiał się w ciemnym lochu. Starał się to powstrzymać, ale... Blizna zapiekła go niemiłosiernie.
- Gdzie ona jest?! - wysoki, piskliwy głos rozniósł się po pomieszczeniu. - Gdzie ona jest, Dołohow?!
- Panie... Panie, nie wiem - wyjąkał mężczyzna, padając na kolana przed Voldemortem. - Ona znikła!
- Nikt nie mógł uciec z tych lochów bez pomocy. Nikt! - warknął, podnosząc różdżkę. - Teraz poznasz prawdziwy gniew Lorda Voldemorta, Dołohow. Crucio!
Mężczyzna upadł na podłogę w konwulsjach, cierpiąc katusze. Dopiero, gdy odwołano zaklęcie, przestał się nagminnie ruszać w każdą stronę i z trudem podniósł się z ziemi.
- Zawołaj mi tu Snape'a, Malfoy'a i Mulcibera, już! - rozkazał, podnosząc ponownie różdżkę. Antonin posłusznie kiwnął głową, potem odbiegł najszybciej jak potrafił.
Wizja się skończyła, pulsujący ból w bliźnie także zaczął słabnął. Harry leżał zlany potem, patrząc się w sufit jak opętany. A więc Malfoy uratował Ginny z własnej woli? A może Voldemort podsunął mu tą wizję, by uśpić jego czujność? Cholera, pomyślał Potter, trzeba będzie go dorwać i dopytać. Przymknął oczy, po czym oddał się w objęcia Morfeusza, gdzie miłość i przyjaźń to jedyne rzeczy warte uwagi.
Pani Weasley obudziła całą trójkę o ósmej. Z racji, iż przez większość nocy nie spali, poranek był dla nich koszmarem na jawie. Ledwo zwlekli się z łóżka, w blasku wschodzącego słońca, by chwilę potem półprzytomnie skierować się do kuchni, gdzie siedziała już część Zakonu. Alastor, Dumbledore, Minerwa, Kinglsey i jakiś czarodziej, którego nie znali.
- Och, jesteście już – w objęcia porwała ich pani Weasley, uśmiechając się promiennie. – Ginny już jutro wychodzi z Munga, profesor Dumbledore przyniósł nam najnowsze wieści.
Gryfoni nic nie powiedzieli, odwzajemnili tylko uśmiech i skierowali się do stołu by spożyć posiłek.
Dwie i pół godziny później zawitali na dworzec King’s Cross, skąd wyjeżdżał co roku ekspres Londyn-Hogwart. Obładowani kuframi, klatkami i kanapkami, gdy nikt nie spoglądał, przebiegli przez barierkę kierującą na peron 9 i ¾. Pociąg już czekał, podobnie jak niektórzy uczniowie. Harry dostrzegł paru Gryfonów z Gwardii, Krukonów a nawet Ślizgonów. Wśród tych ostatnich niemal od razu dostrzegł Pansy Parkinson i Blaise’a Zabiniego. Czyli że, pomyślał Potter, będzie tu także..
- Malfoy! – wycedził przez zęby, wskazując przyjaciołom blond czuprynę znikającą w drzwiach pociągu.
- Czyli jednak przyszedł… - warknął Ron, który momentalnie przyjął postawę osiłka gotowego do potyczki.
- Nie teraz! – syknął. – Znajdźmy sobie jakiś osobny przedział, mam wam coś do powiedzenia – skierował się do obydwojga. – To.. Jest związane z Ginny.
Obydwoje spojrzeli na niego z niekrytym zaskoczeniem, choć po chwili kiwnęli głowami i skierowali się czym prędzej do wejścia, by chwilę potem iść już w głąb pociągu.
Wolny przedział znaleźli dopiero po pięciu minutach, daleko za wejściem. Szybko tam wsiedli i, zostawiwszy bagaże na półkach nad nimi, rozsiedli się wygodnie i spojrzeli na Harry’ego.
- Miałem wczoraj wizję…
- Harry, Dumbledore Ci zawsze powtarzał! Miałeś zamykać świadomość dla Voldemorta – Ron mimo woli skrzywił się na to imię – jak i przeciwko niemu! Czemu tego nie robisz?!
- Hermi, spokojnie – wydukał Ron, spoglądając współczującym wzrokiem na przyjaciela.
- Dzięki, Ron. Jak mówiłem, miałem wczoraj w nocy wizję. Voldemort był wściekły. Ukarał Dołohowa, ukarał go za ucieczkę Ginny.
- Ale to by znaczyło… - zaczęła Hermiona, jakby scena sprzed chwili nie miała miejsca.
- …że Malfoy nie uzyskał od niego żadnych rozkazów – dokończył Ron, uśmiechając się triumfalnie.
- Tak, to prawda. Nie mamy jednak pewności, że Voldemort nie narzucił mi tej sceny. Pamiętacie ministerstwo? Myślałem, że Syriusz został porwany. Okazało się jednak, że to ON wepchnął mi ten obraz… Nie mamy pewności, być może Malfoy’em kierowały jednak rozkazy Voldemorta.
- Nie mamy wyboru. Tak czy inaczej, musimy to z niego wydobyć.
Wszyscy z aprobatą kiwnęli głową, po czym pogrążyli się w rozmowie na temat nadchodzącego roku. Dopiero, gdy Rona i Hermione wezwano na spotkanie prefektów, Harry został sam na sam w przedziale. Miał teraz wystarczająco czasu by to wszystko przemyśleć. Ostatnia wizja zmusiła go do głębszego zastanowienia. Kim tak naprawdę jest Draco Malfoy? Zimnym i nieczułym draniem, arystokratom z krwi i kości jak jego ojciec? Czy może czułym, opiekuńczym chłopakiem, który w głębi duszy pragnie się zmienić, pragnie oderwać się od sadystycznego ojca śmierciożercy, od funkcji „pieska” Czarnego Pana?
Kim był Draco Malfoy?
Nie wiele wiedział o jego życiu, co w sumie, po głębszym zastanowieniu, cieszyło go… Kim był Draco Malfoy? Kim był teraz…?



- Nie wierze, Smoku, uratowałeś wiewiórę? – Pansy otworzyła szeroko oczy, spoglądając w zadumie na Dracona. – Jak to jest? Nikt się nie zorientował? Dwór Czarnego Pana jest patrolowany przez śmierciożerców prawie cały czas.
- Zapomniałaś, Pansy, że ja i Blaise od niedawna siedzimy w tym bagnie po uszy? Nie wypalił nam jeszcze Mrocznych Znaków, ale jesteśmy jego ludźmi. Możemy chodzić po tych korytarzach spokojnie, nie martwiąc się o innych.
Draco siedział oparty o okno i spoglądał na zmieniający się krajobraz. Ekspres Londyn-Hogwart sunął po wzgórzach od dobrych dziesięciu minut. Rozmyślał o swojej ostatniej akcji. Zdradził Potterowi, że jest śmierciożercą, uratował Ginny i być może pokrzyżował plany Voldemorta. Naraził się w ten sposób na straszne tortury z których mógłby już nie wyjść żywym. Teraz, po nocnej przerwie, nie był pewny czy dobrze zrobił.
- Idę się przejść – powiedział, a widząc wstającą Pansy, dodał. – Zostań tutaj, pomarz sobie o Potterze – uśmiechnął się pod nosem widząc jej zaskoczoną minę i wyszedł z przedziału.
Skierował swe kroki w głąb pociągu, gdzie podczas przechadzki chciał w spokoju wszystko przemyśleć. Instynktownie jednak zaszedł gdzieś, gdzie na pewno nie chciał dojść.
Do przedziału Pottera.
Nim zdążył się obejrzeć, był już w zamknięty w przedziale z Harry’m który mierzył do niego różdżką.
- Potter, co ty robisz?! – warknął w jego stronę, kierując się do drzwi.
- Stój! Czemu to zrobiłeś?!
- Co zrobiłem? Och, przykro mi, że musisz cierpieć za błędy przeszłości, Potter – wyszydził mu w twarz. – Ale Twoja mama była tak uległa…
Harry puścił tą obelgę mimo uszu, musiał coś z niego wydobyć, nie mógł popaść w skrajną złość.
- Uratowałeś Ginny, czemu?
Malfoy przypatrywał mu się przez dłuższy moment, jakby dobierając ostrożnie następne słowa. Dopiero po jakimś czasie odezwał się, choć jego głos był słaby i drżący:
- Miałem w tym swój cel, Potter.
- Jaki?
- To… Ujawnię w swoim czasie.
- To on Ci kazał? Voldemort, kumpel Twojego ojca…
- On? Nie. To była moja prywatna inicjatywa, Potter. Dowiesz się w swoim czasie.. – syknął jeszcze, uśmiechnął się ironicznie i wyszedł ze środka, kierując swe kroki z powrotem do swojego przedziału i zostawiając Harry’ego w głębokiej zadumie.
Kilka godzin później pociąg zawitał na stację przy Hogwarcie i chmara uczniów wręcz wyleciała w szatach wyjściowych na peron. Wszyscy czym prędzej zajęli powozy, by już chwilę później podróżować w stronę błoni Hogwartu a potem na wielką ucztę.


Wielka Sala jak zwykle co roku, na przybycie nowych uczniów, była bajecznie udekorowana. Stoły przykryte zastawą, ozdoby w kolorach każdego domu, jakieś drobne wizualne poprawki w ciemniejszych kątach.
Wszyscy wyczekiwali uczty, choć, jak już zdążyli się zorientować, następuje ona dopiero po pieśni Tiary, po wybraniu domów dla nowych uczniów i po powitaniu Dumbledore’a. Dlatego też, każdy rozsiadł się wygodnie i spojrzał na podium. Stara Tiara już leżała na stołku i wyczekiwała odpowiedniego momentu.
W końcu przemówiła, a jej głos rozniósł się po całym pomieszczeniu.
Lat temu tysiąc z górą,
Gdy jeszcze nowa byłam,
Założycieli tej szkoły
Przyjaźń szczera łączyła.
Jeden im cel przyświecał
I jedno mieli pragnienie,
By swą wiedzę przekazywać
Przyszłym Pokoleniom.
„Razem będziemy budować!
Wiedzy pochodnię nieść!
Razem będziemy nauczać
I wspólne życie wieść”
Gdzie szukać takiej zgody
I tak głębokiej przyjaźni:
Czworo myślących zgodnie
I nie znających waśni.
Gryffindor i Slytherin
Zgadzali się nawet w snach,
I zawsze widziano razem
Ravenclaw i Hufflepuff.
Jak więc taka przyjaźń
Już wkrótce się rozpadła?
Tego młodzież dzisiejsza
Przenigdy by nie odgadła.
Slytherin nagle oświadcza,
Że ani mu się śni,
Nauczać magii takich,
Co nie są czystej krwi.
Ravenclaw na to rzeczę,
Że bystrych nauczać chce,
Gryffindor, że ceni dzielność
Bardziej niż czystą krew.
Hufflepuff chce uczyć wszystkich,
Jak głośno oświadczyła
Sporu nie rostrzygnięto
Ja tego świadkiem byłam.
Bo każdy z założycieli
W domu swym rządzić chce,
Każdy przy swoim wyborze
Do końca upiera się
Slytherin przyjmuje takich,
Co czystą krew mają
Co mają więcej sprytu
Od uczniów domów trzech,
Ravenclaw bystrych ceni,
Gryffindor dzielnych chce,
A Hufflepuff resztę uczy
Wszystkiego co sama wie.
Tak więc spór zakończono
I przyjaźń umocniła,
Harmonia do Hogwartu
Na wiele lat powróciła.
Lecz później znów niezgoda
Wśród czworga się zakrada,
Na błędach wykarmiona,
Czai się w sercach zdrada.
Domy, co jak filary
Dzielnie wspierały szkołę,
Zaczęły sobie nawzajem
Narzucać swą wolę.
I już się wydawało,
Że koniec szkoły bliski,
Że odtąd druh druhowi
Stanie się nienawistny,
Że miecz o miecz uderzy
I wnet poleje się krew,
Gdy wtem Slytherin stary
Odchodzi z zamku precz.
I choć ucichły waśnie,
Choć spory wygaszono,
Odtąd we wspólnym dziele
Już nigdy nie jednoczono.
I dotąd zgodna czwórka
Niezgodną trójką się stała,
I odtąd domy Hogwartu
Dzieli różnica niemała.
A teraz mnie posłuchajcie,
Wybiła wasza godzina.
Czytajcie znaki czasu,
Poczujcie grozy tchnienie,
Bo dzisiaj Hogwart cały
Osunęły złowróżebne cienie.
Wróg z zewnątrz na nas czyham
Śmiertelny gotując nam cios,
Musimy się zjednoczyć,
By złowrogi odwrócić los.
Wyznałam wam całą prawdę
Niczego nie ukryła
I Ceremonię Przydziały
Za chwilę rozpoczynam.
Po ostatnich słowach tiary rozległ się głośny aplauz. Po raz pierwszy od wieków Tiara przydziału powiedziała coś naprawdę ważnego.
- Trochę się rozgadała.. – mruknęli w tej samej chwili Draco i Harry, wyłączając się już z myślenia.

sobota, 14 marca 2015

Rozdział IV



 Rozdział ten chce zadedykować Frediemu i jego klasie, który.. przez przypadek rozsławił mój blog o kolejną klasę.
Chciałbym was także ostrzec, że w pewnym momencie jest.. jakby to powiedzieć, drobna scena erotyczna. Mam nadzieje, że jakoś to przebolejecie :3

Ginny została porwana… Krótko przed zakończeniem pojedynku, została schwytana przez Dołohowa, który w następnej sekundzie zniknął z donośnym trzaskiem. Siłą odebrano ją od przyjaciół i rodziny, która teraz wtulona w siebie, łkała cicho.
- Molly, Artur – do wtulonych Weasley’ów podszedł Kingsley. – Trzymacie się jakoś?
- Jak mamy się trzymać?! – warknęła kobieta, spoglądając złowrogo na członka Zakonu. – Moja córka została porwana! Może być teraz torturowana!
- Rozum…
- Nic nie rozumiesz! Nie masz dzieci, nie wiesz jak to jest, gdy Twoje dziecko jest zagrożone!
Podniosła wyraźnie głos, kierując całą winę na czarnoskórego. Choć zawsze starała się dawać dobry przykład, tym razem nie obchodziło jej, jak na nią spojrzą dzieci. Jej jedyna córka została porwana.
- Postaramy się, by wróciła cała i zdrowa do domu – próbował zapewnić, choć sam w to nie za bardzo wierzył. Mogła być wszędzie, mogła także już nie żyć.
Rozejrzał się po strapionych mordkach zgromadzonych. Wszyscy stali obok siebie, łkając cicho, lamentując nad losem najmłodszej latorośli Weasley’ów. Tylko jedno z nich stało na uboczu, spoglądając w dal.
Harry.
- Nie martw się – chłopak usłyszał czyjś głos koło siebie. – Aurorzy otrzymali już rozkazy. Ruszą na poszukiwanie jak szybko będą mogli.
- To moja wina. Śmierciożercy chcieli mnie. Nie potrafiłem zapanować nad językiem, zaatakowali nas. To przeze mnie jest teraz w rękach Voldemorta.
- Nie obwiniaj się. To mogło się zdarzyć każdemu – odpowiedział, nawet nie zwracając uwagi na to, iż Potter wypowiedział zakazane imię.
- To moja wina… - wyszeptał i, nawet nie spoglądając na Kinglsey’a, ruszył w boczną uliczkę.
***
Dołohow pojawił się wraz z towarzyszami w obszernym holu. Dominował tu mrok, choć w blasku świec dało się dostrzec szczegóły. Całość dworu była w akompaniamencie srebra i szmaragdu, kolorów Slytherinu.
Rozejrzał się.
 Po prawej stał kościany tron, spowity przez mrok marmurowych podpór dachu. Po lewej z kolei stał regał, obecnie… otwarty na oścież. Mało osób wiedziało o tym pomieszczeniu, jeszcze mniej wiedziało jak się do niego dostać. Za półką bowiem, znajdowały się stare, drewniane schody, kierując Prost do lochu. Z kolei, na wprost od miejsca, gdzie wylądowali, na lewo od zejścia do podziemi, leżały szerokie, kamienne schody. Prowadziły one na piętro.
- Gdzie on jest, Dołohow? Gdzie Potter?! – usłyszeli czyjś syk, połączony z warkotem. Wszyscy stanęli jak na baczność, oczekując tego, co się za chwilę wydarzy.
Z przejścia wyłonił się sam Tom Riddle, szerzej znany jako Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, tudzież Czarny Pan.
- Przybyli aurorzy. Nie mieliśmy szans przechwycić chłopaka. Jednakże, panie, mamy coś innego – odsunął się na bok, ukazując skrępowaną dziewczynę, trzymaną przez Avery’ego i Mulcibera. – To panie, jest jego przyjaciółka. Chyba wiesz, co to oznacza?
- Taak… Mężny pan Potter – wycedził przez zęby znienawidzone nazwisko, uśmiechając się perfidnie – przybędzie by ją uratować. Wtedy nic go nie uratuje… - złowieszczy śmiech rozległ się po całym domostwie, co porządnie wystraszyło śmierciożerców.
***
Harry, Ron, Hermiona i państwo Weasley przybyli do domostwa na Grimmuald Place 12, gdzie obecnie spędzali ostatnie chwile wakacji. Przybici, niewiele myśląc, rozeszli się po całym domostwie. Ron popędził do pokoju, Artur i Molly skierowali swe kroki do jednego z pokoi sąsiadujących z kuchnią, a Hermiona wyparowała krótko po deportacji.
Został tylko Harry.
- Muszę ją uratować… - warczał do siebie, spoglądając na zamazane odbicie w lustrze.
- Nie! – nie wiadomo skąd, zza rogu nagle wyskoczyła Hermiona, chwytając chłopaka za rękę. – Ja wiem, że czujesz się winny. Ale... Ginny jest już szukana przez aurorów!
- Ale to była moja wina… - warknął do dziewczyny, zdając sobie po chwili sprawę, że może za głośno.
- Nie możesz się poświęcać! Ona zostanie uratowana! Nie musisz jej szukać! Pomyślałeś o tych wszystkich, którzy na Ciebie liczą? Pomyślałeś o mnie?!  Wiesz jak ja się czuje? Martwię się o Ciebie, o Twoje życie. A ty chcesz mu się oddać?! – wymierzyła mu siarczystego policzka, po czym z płaczem uciekła na piętro.


Nie znalazł jej w pokoju, gdzie zazwyczaj sypiała, będąc w siedzibie Zakonu. Nie znalazł jej także w pokoju Freda i George’a, teraz pustego, niezamieszkanego. Rudowłosi bracia wyjechali z domu tydzień przed ich wyprawą na Pokątną. Mieli ważne interesy do załatwienia. Biznes musi się kręcić!
- Gdzie ona jest?! – warczał co chwilę do siebie, rzucając co chwile mentalne „Avada Kedavra” do swojej podświadomości. Jak mógł być tak głupi?!
Przeszukiwanie pokoi, jeden po drugim, nie dało żadnych rezultatów. Dopiero w pokoju Syriusza, gdzie sam spał od przybycia do siedziby, znalazł dziewczynę nad wspólnymi zdjęciami, zapłakaną i rozdrażnioną.
- Zostaw mnie! – warknęła już na powitanie.
- Kochanie… błagam, nie płacz.
- Jak możesz?! Kocham Cię, KOCHAM! A ty chcesz im się oddać?! – wytarła łzę rękawem koszulki. – Nie masz pewności, że Ci się uda!
- Kochanie…
- Żadne kochanie! Nie kochasz mnie!
- Ale…
- Wyjdź! – wskazała na drzwi i rozpłakała się na nowo, spoglądając na uśmiechniętą parę na zdjęciu. Ile ona by dała, by ta wcześniejsza rozmowa nie miała miejsca. By porwanie Ginny nie miało miejsca…
Chłopak nie zamierzał jednak łatwo odpuścić. Kobieta nie powinna płakać przez mężczyznę, zwłaszcza jeśli się ją kocha. Odwrócił się w stronę drzwi, zamykając je sprawnym ruchem dłoni.
Przekręcił klucz.
Wyciągnął różdżkę zza pasa, wymierzając je w drzwi. Wypowiedział parę zgrabnych formułek i otoczył wejście barierami. Tak na wszelki wypadek, żeby nikt im nie przeszkadzał.
- Silencio – wyszeptał pod nosem, wyciszając pokój.
Przygotowania zostały zakończone sukcesem. Drzwi zablokowane, pomieszczenie wyciszone. Teraz, gdy był pewny że nikt ich nie usłyszy, odwrócił się do brązowookiej z delikatnym, czułym usmiechem błąkającym się na ustach. Podszedł do niej, przykląkł na jedno kolano i chwycił ją za podbródek, spoglądając głęboko w oczy.
- Harry, proszę, nie opuszczaj mnie.
- Nie zamierzam – odparł krótko, przybliżając się do niej i całując.
***
- Zabrać ją do lochu – spokojny, wręcz uradowany głos Lorda Voldemorta przeleciał przez pomieszczenie. – I zafundujcie Cruciatusa. Prędzej czy później powie nam, gdzie znajduje się Potter.
- Tak jest, panie – odparl krótko jeden ze śmierciożerców, chwytając dziewczynę za ramię i wbijając paznokcie w skórę. Popchnął ją do wejścia, chcąc jak najszybciej wykonać rozkaz.
Do lochu prowadziły stare schody, które lata świetności miały już dawno za sobą. Dość szybko po nich zeszli, nie zważając na to, iż mogą z nich zlecieć. Minęli machoniowe drzwi, potem stare kraty i… dziewczyna zamarła. Znała to miejsce, widziała je już. To był loch. Loch ze snu.
- Ruszaj się, ty ruda suko… - mężczyzna wyraźnie było pod denerwowany. Popchnął ją na drzwi i wyczekiwał, aż wleci do środka.
- Au.. – wydala z siebie ciche jęknięcie, gdy upadła na prawą rękę.
Usłyszała jeszcze charakterystyczny szczęk zamykanego, na klucz rzecz jasna, zamka. Westchnęła przeciągle i czmychnęła w kąt.
***
- Kochany, proszę, bądź delikatny – wyszeptała mu do ucha, gdy chłopak odpinał jej guziki od bluzki.
-  Dobrze – odparł krótko, składając równie krótki pocałunek na jej ustach,
Wciągnął zapach jej ciała, drżąc delikatnie.
- Harry…
- Cśś.. Wiem, nie bój się, będę delikatny… - odparł, przyciskając palec do warg. – Będę się hamował.
Zgodziła się poprzez niepewne kiwnięcie głową. Bała się tego momentu, choć, nie ukrywając – cząstka duszy pragnęła tej chwili od narodzin. Chłopak widząc zgodę drugiej połówki, uśmiechnął się czule i zaczął rozpinać własną garderobę. Dość szybko pozbył się koszuli, zrzucając ją z łóżka. W tym samym czasie, dziewczyna pozbyła się butów i spodni, zostając jedynie w bieliźnie.
Zarumieniła się. Była przed Harry’m tylko w czarnym koronkowym staniku i koronkowych majteczkach tego samego koloru.
- Jesteś słodka jak się rumienisz – szepnął, przegryzając delikatnie płatek jej ucha. Jęknęła cicho.
Ściągnął spodnie, co by dorównać dziewczynie. Został teraz jedynie w czarnych bokserkach.
Znowu się zarumieniła.
- Jestem gotowa… - wyjąkała, na co chłopak kiwnął głową. Pogłaskał ją po policzku, potem złożył pocałunek na szyi – co przyjęła z akrobatycznym mruczeniem – a następnie zszedł niżej, do piersi. Spokojnym, odprężonym ruchem, położył obie dłonie na ramiączkach dziewczyny. Chwycił je, potem delikatnie zsunął. Stanik podtrzymujący ten „dar”, poluźniły się nieznacznie.
Kolejny sprawny ruch ręką.
Dłonie powędrowały na brzuch, sunąc w górę. Dotarły do pagórków osłoniętych materiałem, którego niemal natychmiast się pozbył. Przed nim pojawił się nie wielki biust dziewczyny. Pierwszy raz od ich związku mógł się im przyjrzeć.
Kolejny rumieniec.
Wybraniec niepewnie je ujął i zaczął masować. Napawał się każdym najmniejszym dotykiem, każdą iskrą, jęknięciem. Zaprzestał dopiero, gdy z ust dziewczyny wydobył się cichy głos:
- Proszę…
Uśmiechnął się czule, choć przebiegle. W jego oczach dało zauważyć się iskry szczęścia. Nawet w tej wielkiej tragedii, oni mogli spędzić czas ze sobą… Kolejne drgawki kącika ust, potem już tylko ciche pomrukiwania. Wybraniec bowiem ściągnął paroma zamaszystymi ruchami majtki z dziewczyny i zagłębił głowę pomiędzy jej udami.
***
- Crucio! – zaklęcie torturujące po raz kolejny trafiło skutą dziewczynę, która zawyła głośno i uroniła kolejne łzy. – Crucio!
Ból ustał, dziewczyna złapała głęboki wdech, śledząc ruch napastnika. Oby to się już skończyło.
- Crucio! – kolejny raz.
Dziewczyna popłakała się na dobre, potem wygięła się w łuk i opadła pół przytomna na ścianę.
- Crucio! – ostatnie co poczuła, to przeszywający ból. Potem już tylko mrok ogarniający cały jej umysł…
***
Podczas gdy cała rodzina Weasley’ów opłakiwała utratę Ginny, Harry i Hermiona skończyli swoją zabawę. Ubrali się, zrzucili zabezpieczenia z pokoju i zarumienieni ruszyli do kuchni. Tam bowiem spodziewali się znaleźć rodzinę. Nie mylili się. Wszyscy siedzieli przy stole, tępo spoglądając na blat. Przysiedli się i, jak reszta, zaczęli żałować tego, co przed chwilą zrobili. Zapomnieli o Ginny, nie wpierali jej brata, ani rodziców…
Nikt się nie odzywał, każdy bał się wyraźnie przerwać tą krępującą ciszę. Tylko raz na jakiś czas, ktoś odchrząknął i powrócił do swoich rozmyśleń. Z tego stanu rozbudził ich dopiero charakterystyczny trzask.
Ktoś aportował się w ich salonie.
***
Po kilku godzinach ciemiężonych tortur, została zostawiona w spokoju. Jej oprawca wrócił na parter, zostawiając biedną dziewczynę przykutą do ściany, ledwo przytomną i ranną. Gdy jednak usłyszała, że ktoś wchodzi do środka, wystraszyła się. Czyżby znowu miał nadejść ból? Kolejny mrok ogarniający ją od środka? Nie.
- N.. Nie.. Pro…Proszę – wyjąkała cicho, próbując zdobyć się na sprzeciw.
Nie usłyszała odpowiedzi, nie dostała także zaklęciem. Poczuła jednak, jak ktoś rozpina jej kajdany, potem obejmuje w silne ramiona. A także perfumy.. Osoba, która przebywała z nią w pomieszczeniu, używała jakichś perfum.
- Gdzie Cię zabrać? – usłyszała czyjś czuły głos.
- N… Nie.
- Ledwo żyjesz, musimy Cię stąd zabrać!
- Gri… - zastanowiła się chwilę, czy aby na pewno to powiedzieć. – Grimmuald Place 12.
Poczuła lekkie szarpnięcie, potem znów odleciała.
***
Wszyscy mieszkańcy domu, z wyciągniętymi różdżkami, pobiegli do miejsca skąd dało się słyszeć teleportację. Czyżby Ginny wydała ich kryjówkę?! Wbiegli do pomieszczenia i…
- Malfoy?! – wydarł się Ron, zamachując się różdżką.
- Łasica… - jęknął blondyn - …pomóż.
Dopiero po chwili wszyscy zebrani ujrzeli Ginny na pobliskiej kanapie. Draco musiał ją tam położyć krótko po przybyciu do domostwa.
- Jak ty…?!
- Nie obchodzi mnie, czy wiecie kim jestem – wyszczerzył zębiska w sztucznym uśmiechu, zakładając maskę na twarz. – Nie wybierałem sobie tej drogi, niestety. Ale… - swój wzrok skierował na dziewczynę – uratujcie ją. Dostała Cruciatusem.. kilkanaście razy. Weźcie ją do Munga…
Skinął lekko głową przed zaskoczonymi uczniami, po czym przyszykował się na deportację. Coś mu jednak przeszkodziło.
- Kim jesteś? – wydukała cicho, nie mogąc dojrzeć twarzy. Widziała tylko strój śmierciożercy.
- Wolałabyś nie wiedzieć… - odparł i zniknął, pozostawiając rudowłosą na pastwę rodziny.